Być może masz poczucie utraty kontroli nad własnym życiem? Czy spędzasz dzień w napięciu, od rana czekając na jego zakończenie? Może stres odbiera Ci radość z życia, a pośpiech znów powoduje ból brzucha? Jeśli masz ochotę odpowiedzieć tak na choćby jedno z tych pytań, to chyba najlepszy moment, by zastanowić się nad tym, jak zmienić swoje życie.

Kultura pośpiechu

Pośpiech. Tempo. Pilne telefony. Niekończące się małe sprawy, które wymagają natychmiastowej uwagi. Małe ssące potworki.

Kalendarz puchnie. Moja głowa też.

Nie mogę odpuścić. Potrzebują mnie. Jeszcze tylko kilka spraw i będę na wierzchu.

Właśnie odhaczyłam długą listę. Pojawia się kolejna. Jeszcze dłuższa.

I jeszcze kilka maili. I telefonów. I znów maili.

Już nie pamiętam, kim jestem i po co to wszystko robię. Już mnie boli dusza. Wzrok mam dziki. Oddech krótki. Ludzie to zombie, którzy pożerają moją energię.

Czy leci z nami pilot?

Jakbym zapomniała, że to ja tu jestem kierowcą.

Nawet nie wiem, dokąd jadę.

A już na pewno nie wiem, po co.

Wciskam hamulec.

Rozglądam się i wszystko wiruje mi przed oczami.

Co chcę zmienić?

Czy to, dokąd jadę ma większe znaczenie, niż to jak się czuję?

Zadaję sobie pytanie jak chcę się czuć w swoim własnym życiu?

Jak chcę, by moje życie wyglądało?

Lepiej, czyli jak?

Chcę mieć czas na własne myśli – nie tylko na cudze potrzeby.

Chcę mieć czas na śmiech – nie tylko na uśmiech dla innych.

Chcę czuć luz w ciele – nie tylko po lampce wina.

Chcę czuć luz w sercu – nie tylko, jak mi się coś uda.

Chcę zrobić coś dla siebie – nie tylko, gdy zasłużyłam.

Chcę jeść bez pośpiechu – nie tylko w niedzielę.

Chcę móc usiąść w ciągu dnia – nie tylko do komputera.

Chcę zwolnić. I kropka.

Dokąd tak pędzimy

Okazuje się, że zadanie sobie tego pytania, jak i działanie w kierunku zadbania o siebie, zwolnienia, odpoczynku, regeneracji, lepszego zarządzania własnymi zasobami wymaga pokonania w sobie pewnej przypadłości, którą Emily i Amelia Nagoski nazywają Syndromem Dawacza (ang. The Human Giver Syndrome). Obie Panie, które badają stan wypalenia (ang. burnout) twierdzą, że dzielimy się na dwie kategorie: tych, co żyją i przy okazji też biorą, i tych, którzy dają. Ci drudzy dają swój czas, uwagę, zasoby, opiekę, miłość, energię po to, by zaspokoić potrzeby innych.

Ta kategoria ludzi, w której znaczną większość stanowią kobiety, żyje po to, by dawać, by służyć, by pomagać. I choć taki sposób istnienia można uznać za całkiem cnotliwy, osoby w tej kategorii nie mają wyboru – są kulturowo zaprogramowane, by to robić. Druga przykra wiadomość dotycząca osób w tej kategorii jest taka, że sposób, w jaki funkcjonują, prowadzi do wyczerpania ich zasobów własnych; dawacze nie dbają o osobiste zasoby emocjonalno-kognitywno-energetyczne, gdyż nie potrafią, lub też uznają dbanie o siebie za pogwałcenie fundamentalnej zasady, którą wyznają, czyli tego, że człowiek ma wartość tylko i wyłącznie wtedy, gdy robi coś dla innych, gdy nie odpoczywa i niedosypia w służbie dzieci, męża lub szefa.

Zasłużyć na brawa

Najsmutniejsza wiadomość jest taka, że nie ma takiej porcji dawania, która uszczęśliwi osobę dającą, która ją nakarmi, napełni i doładuje jej baterie, gdyż psikus programu kulturowego polega na tym, że ich cichy wewnętrzny głos podpowiada, że jeszcze nie zasługują na odpoczynek, że dawać trzeba wciąż, niezmiennie i nieustannie.

Nie da się zaprzeczyć, że żyjemy w czasach, które siostry Nagoski określają, jako Olimpiadę Stresu, w której głównymi konkurencjami są pośpiech, wyczerpanie, niedospanie, nerwica. Kto ma więcej obowiązków, krócej sypia, i kto jest w większym stresie, ten zasługuje na społeczny poklask i temu należą się brawa. Ten na pewno nie jest leniem. Ten ma wartość. Ten zasługuje. Ten jest szanowany.

Nie ma się, co dziwić, że pędzimy na oślep przez dzień, dokładając sobie obowiązków.

Bo gdy nie znajdujesz we własnym sercu i umyśle słów pochwały dla siebie, szukasz braw od innych.